poniedziałek, 8 września 2014

Opeth - Pale Communion (2014)

Nie znam całej dyskografii Opeth. Starsze płyty znam pobieżnie, a w całości tylko moje ulubione Damnation oraz Heritage i teraz Pale Communion. Najnowsze dzieło Szwedów przesłuchałam więc raczej z ciekawości, nie czekałam na nie niecierpliwie, bo nie uważam się za ich wielką fankę (ale zdecydowanie jest to jeden z najciekawszych zespołów, jakie poznałam).

Podczas słuchania przyszło mi do głowy kilka myśli na temat tej płyty i postanowiłam napisać, jak ją odebrałam - z perspektywy osoby, która nie zna wszystkich ich płyt i zdecydowanie bardziej woli czysty śpiew niż growl w wykonaniu Mikaela Akerfeldta. Płyta składa się z ośmiu utworów, które - jak to u Opeth są bardzo klimatyczne. Jest to dość spokojny krążek: nie ma tu żadnego growlu, ostrych, metalowych riffów. Widać, że zespół postanowić zrobić coś trochę innego: skupić się na lżejszych dźwiękach i melodiach, ale nie znaczy to, że nagrał przystępną płytę. Aranżacje, jak zwykle są rozbudowane, melodie piękne, a wokal kojący, hipnotyzujący a czasem niepokojący. Słychać inspiracje latami 70. (Pink Floyd?, The Doors?), rockiem psychodelicznym.

W utworach dzieje się bardzo dużo, np. już w intro do pierwszej piosenki: Eternal Rise Will Come, przed pojawieniem się wokalu, mnóstwo niepokojących dźwięków, potem spokojna melodia w stylu tych z poprzedniej płyty, potem znów zmiana klimatu, a następnie wokale. Mam wrażenie, jakby warstwa instrumentalna tej piosenki była ważniejsza, a zwrotki były tylko dodatkiem.

Dalej nie jest inaczej, drugi utwór (Cusp of Eternity) na przykład jest trochę bardziej energiczny, pełno w nim "kosmicznych" dźwięków. Goblin to utwór całkowicie instrumentalny, ale mimo braku wokalu też wiele się w nim dzieje.

Jednym słowem: po zamknięciu oczu płyta przenosi nas w inny świat dzięki swej niepowtarzalnej atmosferze. Może nie spodobać się fanom Opeth, którzy są przyzwyczajeni do cięższego oblicza zespołu, ale mi pasuje. Raczej nie będzie jedną z moich ulubionych, ale przyjemnie się jej słucha.


8 komentarzy:

  1. Utwor ktory zaprezentowalas jest zachecajacy. Moze sie skusze na przesluchanie calej plyty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo pobieżna ta "recenzja", ale cóż więcej można napisać o takiej muzyce, jak sie pewnie zespoły King Crimson i Emerson, Lake & Palmer zna tylko z nazwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, znam wymienionych przez Ciebie artystów tylko z nazwy i wcale nie udaję, że jest inaczej. Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Słyszałem raczej pochlebne wypowiedzi o tym dziele, być może również się na nie skuszę ;)

    Zapraszam na nową recenzję na blogu http://namuzowani.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej! Jak zawsze wyciągniesz jakieś interesujące smaczki ;P. Przyznam, że nie słyszałam o tym zespole wcześniej. Troszku trąca mi psychodelicznym rockiem, ale może moje odczucie. Dzięki ponowie za inspirację ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam na nową recenzję na blogu http://namuzowani.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam dość mieszane uczucia co do tej płyty. Nie jest jakaś bardzo zła, ale nie umywa się do poprzednich, np. do Blackwater Park. No i przez to nie wiem, czy che mi się wydawać pieniądze na ich koncert :p

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapraszam na dwie nowe recenzje ("Anaconda" & All About That Bass") na blogu http://namuzowani.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń