piątek, 10 lutego 2012

Moja lista: Nie tylko Nirvana - Top 10 roku 1991

Dwadzieścia lat minęło... Tak się składa, że w zeszłym, niedawno zakończonym roku minęła 20. rocznica wydania wielu świetnych płyt - nie tylko moim osobistym zdaniem, ale takich płyt, które uważane są dziś za klasyki i które każdy szanujący się fan rocka/metalu powinien chociaż kojarzyć, jeśli nie dobrze znać.

Nie wiem jak w przypadku innych gatunków, ale jeśli chodzi o muzykę gitarową w roku 1991 nastąpił prawdziwy wysyp niesamowitych albumów. Żaden inny rok nie kojarzy mi się z muzyką tak jak ten, chociaż wtedy miałam za mało lat, żeby zwracać uwagę na to, co się dzieje w popkulturze. Piszę o tym, ponieważ w tamtym roku minęła właśnie 20. rocznica wydania jednego z najważniejszych albumów nie tylko 1991 roku, ale co najmniej całej dekady - "Nevermind" Nirvany.

Okres od końca lat '80 do mniej więcej połowy '90. nazwano w muzyce rockowej grunge'em. Mówi się, że powstał w Seattle i był odpowiedzią na zniechęcenie i frustrację młodych ludzi spowodowane trudnościami gospodarczymi regionu (brak perspektyw).

Już dawno zauważyłam, że ten rok był bardzo obfity w dobrą muzykę gitarową i chociaż nie odkryję Ameryki pisząc o Nevermind czy Ten, warto wspomnieć te płyty kolejny raz.

1) R.E.M - Out of Time (12 marca). Z tej płyty pochodzi kawałek Losing My Religion, który dotarł na najwyższe miejsca Billboardu. Sam album zdobył 2 nagrody Grammy. Oprócz wymienionego singla lubię też drugi - Shiny Happy People. Po wydaniu poprzedniego albumu zespół był w długiej, wyczerpującej trasie - stawał się sławny. W przedostatnim odcinku filmu dokumentalnego BBC "7 Ages of Rock", wokalista zespołu Michael Stipe powiedział, że Peter (gitarzysta) bał się zostania swego rodzaju ikoną rocka, dlatego odłożył gitarę elektryczną i zaczął używać mandoliny, czego "skutki" możemy usłyszeć właśnie w Loosing My Religion. Zespół doświadczył zmiany po tym albumie. Według M. Stipe'a "było REM przed i po Losing My Religion". Tak na marginesie: zespół zakończył działalność w tamtym roku. 

2) Lenny Kravitz - Mama Said (2 kwietnia). O Lennym już pisałam, wspomnę tylko, że to była druga płyta w jego dorobku. Bardzo przyjemna z jednym z moich ulubionych kawałków "It ain't over till it's over", z "Always on the run", w którym "maczał palce" Slash (on i Lenny chodzili razem do szkoły) oraz "Flowers for Zoe" - kołysanką dla Zoe - córki muzyka.

3) Temple of the Dog - Temple of the Dog (16.04). Kolaboracja Soundgarden i Pearl Jam w hołdzie przyjacielowi, zmarłemu z przedawkowania heroiny Andrew Wood'owi. Większość utworów napisał wyłącznie Chris Cornell (oraz wszystkie teksty) i on tez śpiewa we wszystkich utworach. W dwóch słychać wokal nieznanego jeszcze wtedy Eddiego Veddera. Właściwie wszystkie piosenki z tej płyty bardzo lubię. Pearl Jam miało wtedy przed sobą swój debiut, a Soundgarden jedną z najlepszych swoich płyt: Badmotorfinger.

4) Metallica - Metallica (12 sierpnia). Tak zwany "czarny album" od koloru okładki. Dla jednych arcydzieło, dla innych zdrada stylu zespołu, komercjalizacja. Ale kto nie zna "Nothing Else Matters" albo "The Unforgiven"? Piosenki z tej płyty to klasyki. Metallica zagra w tym roku na warszawskim Bemowie prezentując cały Czarny Album. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo chciałabym tam być.

5) Pearl Jam - Ten (27 sierpnia). Dlatego właśnie wymieniam te płyty chronologicznie, bo dopiero teraz następuje debiut Pearl Jam i ludzie już wiedzą, kim jest Eddie Vedder wspierający Chrisa Cornella w Temple of the Dog. Bardzo dobry debiut. Jeremy, Alive i Oceans to moje ulubione kawałki. No i śpiew Eddiego Veddera. 

Oglądałam kiedyś MTV Unpluggedd Pearl Jam (z 1992 r.) i przyszło mi do głowy jak to możliwe, że Nirvana nagrała koncert Unplugged później niż PJ. Przecież istniała trochę dłużej, a po sukcesie Nevermind ten koncert powinien się już odbyć... Podzieliłam się tą refleksją z kolegą, a on powiedział coś takiego: "Bo Pearl Jam już po pierwszej płycie byli dobrzy, a Nirvana dopiero później". Miał po części rację. Możliwe też, że Kurt nie miał ochoty na koncert Unplugged. Wiemy przecież, że nie lubił być w centrum uwagi. Wadą wcześnie nagranego koncertu Pearl Jam Unplugged była jego długość: zespół miał piosenki tylko z jednej płyty, a Nirvana mogła wybierać spośród trzech. Warto było więc poczekać. Na szczęście Kurt zdążył jeszcze zaśpiewać i zagrać ten koncert, który stał jest jednym z najlepszych z serii MTV Unplugged... Poniżej Pearl Jam Unplugged, gdzie Eddie decyduje się nie użyć słowa "fuck" występującego w drugiej zwrotce :D


6) Guns N Roses - Use Your Illusion I&II (17 września). Dwupłytowy album, razem 30 piosenek. Z niego pochodzą Don't Cry i November Rain. Jest tu kilka coverów (GNR robili dobre covery: Knockin' on heaven's door). W drugiej wersji utworu Don't Cry razem z Axlem śpiewa Shannon Hoon z Blind Melon, który niestety przegrał walkę z nałogiem narkotykowym kilka lat później.

7) Nirvana - Nevermind (24 września). O tym albumie napisano już tyle, że nie ma sensu tego powtarzać. Jest dziesiątki recenzji i artykułów na ten temat. Na 20. rocznicę pojawienia się tego krążka wydano go ponownie w kilku wersjach: od zremasterowanej edycji zawierającej tylko utwory, które były na płycie z 1991, poprzez dwupłytowe wydawnictwo z niepublikowanymi wersjami utworów aż do wersji z DVD (Live At The Paramount Theatre). Mówi się, że ta płyta zniosła granicę między komercją a undergroundem. Singiel Smells Like Teen Spirit stał się hitem MTV, pokazywanym aż do znudzenia (z tego powodu Kurt nie lubił tej piosenki i niechętnie ją grał na koncertach). Na mnie też zrobił wielkie wrażenie, gdy usłyszałam go po raz pierwszy. Właściwie lubię całą płytę, ale szczególnie przypadły mi do gustu: Drain You, Stay Away, Lounge Act i In Bloom.

8) Red Hot Chili Peppers - Blood Sugar Sex Magic (24 września). Piąty album Red Hotów. Według wielu opinii ich najlepszy. Różniący się od poprzednich dokonań grupy, miedzy innymi za sprawą nowego producenta - Ricka Rubina, który od tej pory produkował wszystkie następne płyty zespołu.  Był to album przełomowy w ich karierze, pojawiły się na nim bardziej "piosenkowe" i melodyjne utwory jak "Under the bridge" - wielki hit grupy. Anthony zaczął śpiewać zamiast rapować i okazało się, że nawet nieźle mi to wychodzi, chociaż nie mógł się pochwalić szczególnymi walorami głosowymi. Album był nagrywany w willi The Mansion, posiadłości Ricka Rubina, której pierwszym właścicielem był Henry Houdini.

Chodzą plotki, że willa jest nawiedzona. Tak twierdził perkusista RHCP, który nie chciał zamieszkać z tego powodu w willi i wolał dojeżdżać do "pracy" na motocyklu. Również John Frusciante mówił o dziwnych, ale dobrych wibracjach, które czuje. Także muzycy The Mars Volta, System Of A Down i Slipknot opowiadali byli przekonani, że w domu dzieją się dziwne rzeczy...

"Under the Bridge", który jest zupełnie inny niż poprzednie funkowe utwory zespołu pokazał możliwości muzyków, szczególnie Johna Frusciante - wtedy zaledwie 21-letniego. Zespół odchodził od wpływów punkowych na rzecz funku i rocka. Płyta przełomowa jakby nie patrzeć. Była też alternatywą dla grunge'u, który zaczął opanowywać muzykę dzięki Nirvanie.

Osobiście wolę właśnie te "piosenkowe" utwory Red Hotów i ich następne płyty, szczególnie Californication, By The Way i Stadium Arcadium.

9) Soundgarden - Badmotorfinger (8 pażdziernika). Jedna z moich ulubionych płyt w ogóle. Pochodzą z niej takie utwory jak: Rusty Cage, Outshined, Jesus Christ Pose. Ta płyta różni się od poprzednich dwóch z kilku powodów: nastąpiła zmiana basisty, wykorzystano alternatywne strojenia gitar. Cornell zaczął więcej używać wyższych rejestrów swojego głosu (na tej płycie możemy usłyszeć jego nieprzeciętne warunki głosowe: od niskich do bardzo wysokich rejestrów poprzez "chrypkę"). Moja ulubiona (i nie tylko moja) piosenka to Jesus Christ Pose. Długie intro w szybkim tempie, potem wysoki, histeryczny, mocny śpiew Cornella. Nie da się przejść obojętnie wobec tej piosenki.

Badmotorfinger i Ten zostały trochę w cieniu Nevermind i dopiero po jakimś czasie bardziej je doceniono. Nie umiałabym wybrać, którą z tych trzech lubię najbardziej.

10) U2 - Achtung Baby (19 listopada). Nie jestem wielką fanką U2 i mało o nich wiem. Lubię ich najbardziej znane kawałki jak One czy With or Without You. Podobno jest odejściem od stylu, jaki reprezentowała grupa w latach '80. Płyta jest uznawana za jedną z najlepszych w ich dorobku.

4 komentarze:

  1. Świetny post, jak zwykle dowiaduję się masy ciekawych rzeczy ;) Co do grunge i Nirvany ostatnio wyczytałam gdzieś że Cobain "zapoczątkował" modę na flanelowe koszule w kratę ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie tak:)Sama miałam takie koszule w podstawówce:D Pewnie dlatego właśnie, że były modne. Po domu nadal bym w nich chodziła, gdyby mi gdzieś nie zniknęły...Uwielbiam je!! Lubiłam tę modę, to niechlujstwo w ubiorze i nieprzejmowanie się, że coś nie wygląda "dziewczęco". Ale w dopiero w szkole średniej byłam tego do końca świadoma :D Lata '90 były fajne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cobain podobno zapoczątkował tę modę przez przypadek. Kobieta, która była kiedyś jego dziewczyną, mówiła w wywiadzie, że wstydził się, że jest taki chudy i po prostu zakładał na siebie kilka warstw ubrań: swetry, bluzy, koszule...żeby wydawać się grubszym :)

    OdpowiedzUsuń
  4. oo dopiero zobaczyłam Twój komentarz;) haha, świetna anegdota, w życiu bym nie pomyslała że Cobain chciał się pogrubić koszulą ;D ;D przyjęło się w każdym razie ;)

    OdpowiedzUsuń